mat. inf. TW Dworzec cz. X
Zanim jednak opuściłem Zonę udałem się na Apel Poległych, to w miarę nowy zwyczaj w Zonie, ale w sumie piękny w swej tragicznej wymowie. Jego sens wyjaśnił mi Barman. Co jakiś czas Wojsko, Powinność, Stalkerzy, a nawet Bandyci i ułagodzone przez Zielnichę Mutki ogłaszają wspólnie rozejm. Gromadzą się na placu przed starym Barem żeby powspominać i uhonorować tych, którzy nie mogli już przyjść. Co prawdo ostatnio wmieszali się w to Dobroczyńcy i Sponsorzy wietrząc okazje do rozdawania darmowych próbek swych towarów, ale dawny sens został. Dzieje się to zazwyczaj w niedzielny poranek. Barman lub ktoś z liczących się w Zonie Rezydentów wyciągają ze starej skrzyni po amunicji karki z nazwiskami tych, którzy meldowali się w Zonie od ostatniego Apelu. Jeśli ktoś odszedł w mroki Zony dostaje owacje i oklaski, jeśli zaś jeszcze ma szczęście być wśród żywych dostaje jakąś próbkę towaru od Sponsora lub dobroczyńcy i serię gwizdów oraz buczenia od swoich wrogów i jęki zazdrości od kolegów. Tym razem apel trwał bardzo długo, trzeba było odczytać chyba dwieście nazwisk. A oklaski i gwizdy wybuchały co chwila ogłaszając czyjaś tragedię lub radość.
Nie cierpię takich chwil, zbyt drogo kosztują mnie potem poza Zoną. Dotrwałem do końca przez szacunek dla tych, z którymi znów połączyła mnie zona. Na szczęście tym razem mogłem ich wygwizdać, obym nie musiał nigdy im bić braw.
Dość, nasłuchałeś się? Wystarczy ci? Bo jeśli to za mało, to nic nie poradzę. Chcesz wiedzieć jak jest w Zonie? Z niczyich opowiadań nie dowiesz się nigdy całej prawdy. Poznałeś na tej stacji kilku stalkerów, więc siedź tu i obserwuj podróżnych. Jeśli znów kiedyś zobaczysz ich twarze i sylwetki, to miej pod ręką naszykowany solidny plecak, a na nogach mocne buty. Nie zapomnij też o innych rzeczach, o których ci mówiłem. Weź to wszystko na grzbiet i idź razem z nimi… Tylko tak poznasz i pokochasz Zonę, albo na Cię znienawidzi.
środa, 2 maja 2012
Pamiętniki Kotowskiego: TW Dworzec cz. IX
mat. inf. TW Dworzec cz. IX
Cały wieczór zajmowaliśmy się opróżnianiem skrytek, które miałem poukrywane w lesie oraz tych, które znalazły się na moim oleacie. Jeszcze przed emisja miałem pewne skrupuły czy je jednak plądrować, czy zostawić, ale to co zobaczyłem w Mieście oraz rzeczy jakich byłem świadkiem później pozbawiły mnie resztek oporów moralnych. Im robiło się ciemniej tym ciemniejsze strony charakteru brały górę wśród stalkerów i bandytów. W pewnym momencie dochodziło do regularnych bitew pomiędzy wszystkimi frakcjami i koteriami, jakie pałętały się tam i sam po zonie. Każdy miała chyba już tylko jeden cel – zdobyć i wydrzeć z Zony wszystko, co tylko się da, za każdą cenę. Wojsko starało się nad tym zapanować, ale mieli za szczupłe siły. Na dodatek musieli bronić się przed mutkami, które miały z nimi swoje rachunki. Jakim cudem udało nam się przetrwać do północy wewnątrz tego kotła czarownic – nie wiem. Fakt, wywiązywałem się solennie z umowy z mutkami i dostarczałem im regularnie każdą ilość ich przysmaków, jakie udało mi się zdobyć, kupić, albo po porostu ukraść. Nawet kilka razy czynnie wziąłem się do jak to rozumiałem wzajemnej ochrony. Po prostu nie potrafię obojętnie patrzeć, jak ktoś znęca się nad biednymi Dziećmi Zony strzelając im pod nogi albo nad głowami i śmiejąc się z ich strachu i bólu. Więc jak zauważałem takiego delikwenta to odpłacałem mu tą sama monetą. Strzały z znikąd w szarówce wieczoru i mrokach nocy nie są tym, co dzielni pogromcy mutantów uważają za właściwy rozwój wypadków.
Resztę nocy spędziłem przykładnie w barze słuchając wrzasków, jakie dobiegały z Posterunku wojska regularnie obleganego na zmianę przez mutki i bandytów i sącząc Kozaka. Nawet nie pamiętam, kiedy pokonało mnie zmęczenie, ale mój „terminator” zadbał o mnie – rano obudziłem się we własnym śpiworze i z całym swoim majątkiem, a co najważniejsze żywy. Zacząłem, więc szykować się do wyjazdu z Zony. Tak do wyjazdu, drobne przysługi czasem przynoszą ogromne efekty. Jedna partyjka oczka ze wskazanym przez Inżyniera stalkerem, którego partner niestety został gdzieś w Zonie, spowodowała to, że stałem się nie tylko właścicielem w miarę sprawnego wraku dumnie tutaj określanego, jako samochód, to jeszcze miałem darmowego kierowcę w postaci jego byłego właściciela.
Cały wieczór zajmowaliśmy się opróżnianiem skrytek, które miałem poukrywane w lesie oraz tych, które znalazły się na moim oleacie. Jeszcze przed emisja miałem pewne skrupuły czy je jednak plądrować, czy zostawić, ale to co zobaczyłem w Mieście oraz rzeczy jakich byłem świadkiem później pozbawiły mnie resztek oporów moralnych. Im robiło się ciemniej tym ciemniejsze strony charakteru brały górę wśród stalkerów i bandytów. W pewnym momencie dochodziło do regularnych bitew pomiędzy wszystkimi frakcjami i koteriami, jakie pałętały się tam i sam po zonie. Każdy miała chyba już tylko jeden cel – zdobyć i wydrzeć z Zony wszystko, co tylko się da, za każdą cenę. Wojsko starało się nad tym zapanować, ale mieli za szczupłe siły. Na dodatek musieli bronić się przed mutkami, które miały z nimi swoje rachunki. Jakim cudem udało nam się przetrwać do północy wewnątrz tego kotła czarownic – nie wiem. Fakt, wywiązywałem się solennie z umowy z mutkami i dostarczałem im regularnie każdą ilość ich przysmaków, jakie udało mi się zdobyć, kupić, albo po porostu ukraść. Nawet kilka razy czynnie wziąłem się do jak to rozumiałem wzajemnej ochrony. Po prostu nie potrafię obojętnie patrzeć, jak ktoś znęca się nad biednymi Dziećmi Zony strzelając im pod nogi albo nad głowami i śmiejąc się z ich strachu i bólu. Więc jak zauważałem takiego delikwenta to odpłacałem mu tą sama monetą. Strzały z znikąd w szarówce wieczoru i mrokach nocy nie są tym, co dzielni pogromcy mutantów uważają za właściwy rozwój wypadków.
Resztę nocy spędziłem przykładnie w barze słuchając wrzasków, jakie dobiegały z Posterunku wojska regularnie obleganego na zmianę przez mutki i bandytów i sącząc Kozaka. Nawet nie pamiętam, kiedy pokonało mnie zmęczenie, ale mój „terminator” zadbał o mnie – rano obudziłem się we własnym śpiworze i z całym swoim majątkiem, a co najważniejsze żywy. Zacząłem, więc szykować się do wyjazdu z Zony. Tak do wyjazdu, drobne przysługi czasem przynoszą ogromne efekty. Jedna partyjka oczka ze wskazanym przez Inżyniera stalkerem, którego partner niestety został gdzieś w Zonie, spowodowała to, że stałem się nie tylko właścicielem w miarę sprawnego wraku dumnie tutaj określanego, jako samochód, to jeszcze miałem darmowego kierowcę w postaci jego byłego właściciela.
Pamiętniki Kotowskiego: TW Dworzec cz. VIII
mat. inf. TW Dworzec cz. VIII
Dopadam Miasta w ostatniej chwili i pędzę prosto do Baru. Profilaktycznie tuż pod miastem poświeciłem nieco cennego czasu na zdjęcie mutkowego daru i miałem rację. Słyszę jak wszyscy r0ozprawiajao tym jak Powinność i Wojsko rozprawiło się z kilkoma Bandytami, którzy mieli ochotę podokazywać w Barze. Puszczam jednak tę opowieść mimo uszu, za to oczami chłonę nowe szaty Zony. Inaczej nie sposób nazwać emisji. W jednej chwili z pogodnego nieba nie zostało nic! Welon ni to mgły, ni to dymu, ni to poświaty zasłonił wszystko wokoło. Dosłownie, mam wrażenie, że gdybym wysunął rękę za drzwi to mógłbym dotknąć tego czegoś. Miałem nawet na to ochotę, ale szybko mi to ktoś wybił z głowy i to dosłownie. Jednym ciosem przesunął mnie o dobre kilka metrów od drzwi, Gdy się podniosłem i dotarłem do okna zobaczyłem jak zapóźniony stalker usiłował znaleźć schronienie w jakiejś szopie. Zona otuliła go czule rękawem płaszcza Emisji i zniknął nam z oczu. Patrzyłem długo w tym kierunki i nic nie widziałem, tylko tę nową szatę Zony.
Godzinę, przez którą trwała Emisja poświeciłem na posiłek i interesy. Barman znów był nieosiągalny, podobno musiał przed emisja pojechać do Naukowców i tam został. Nie bardzo mam ochotę na niego czekać, więc biorę w obroty Inżyniera. A on odwzajemnia mi się tym samym. Wie, że mam sporo towaru i spore potrzeby, wyczuł we mnie starego wyjadacza Zony. Więc targuje się zawzięcie i stara się zedrzeć ze mnie skórę. W końcu znajdujemy „wspólną płaszczyznę porozumienia”. Będzie mnie to kosztowało kilka dodatkowych spacerów, ale co tam. Dogadałem się z nim w najważniejszej sprawie – przeszmugluje mi to, co potrzebuję przez kordon. Wojsko nie trzepie mu za każdym razem samochodu, a w zamian on dba o ich padający generator pamiętający chyba jeszcze Batiuszkę Stalina.
Po Emisji postanawiam chwile zostać w mieście i zobaczyć, jakie to jeszcze zmiany zaszły tu od mojej ostatniej wizyty. Pierwszą z nich poznaje dość szybko. To nowa Arena! Kiedyś były tu organizowane półlegalnie walki na pięści, połączone z lekkim hazardem i bukmacherką, teraz to polaczenie Las Vegas z Colosseum pod cichą kontrolą Wojska i Powinności. Kto jeszcze czerpie z tego dochody lepiej nie pytać. Obyczaje też się zmieniły, teraz wali nie kończy rozbity nos, czy złamany obojczyk. Zwycięzca pojedynku oprócz tego, co stracił jego przeciwnik, puli z zakładów unosi ze sobą jeszcze jedną najcenniejsza nagrodę – własne życie. Pokonani odchodzą w niebyt. Ciekawa metoda na regulację przyrostu naturalnego, ale ten i tak od dawna w zonie jest ujemny. Niestety nie przewidziałem jednego – wejście a teren tego przedsięwzięcia może każdego uczynić jego uczestnikiem. Jakiś ledwie co oderwany od matczynej spódnicy małolat zwiedziony moim wyglądem, a może skuszony opowieściami o tym ile czasu spędziłem u Inżyniera na sprzedawaniu tego co miałem w plecaku postanowił zdobyć szybką sławę i pieniądze bez konieczności wędrowania po Zonie.
Wyzwał mnie więc na pojedynek. Dla mnie słowo „pojedynek” kojarzy się z czasami rycerzy, turniejów, ostatecznie dwóch dobrze urodzonych panów załatwiających swoje prywatne sprawy o świcie przy uczuciu szabel, szpad, albo pistoletów, a nie krwawą jatką na oczach żadnych niezdrowych emocji zwyrodnialców. Zaproponowałem mu, więc „po cichu” swoje(moim zdaniem bardziej humanitarne) warunki gry. Jeśli jemu uda się mnie pokonać wylosowaną bronią – bierze wszystko, ale zobowiązuje się do załatwienie pewnych moich spraw osobistych poza Zoną. Jeśli ja natomiast doprowadzę grę do momentu, w którym wzorem gladiatorów będę mu mógł odebrać lub darować życie to zamienię mu długie i bolesne konanie w przyspieszony kurs eksploracji Zony pod moim nadzorem (w celu załatwianie niektórych moich interesów, o których nawet Zielnicha i Barman ani Inżynier nie wiedzą) oraz udział w części zysków z tego przedsięwzięcia. Młodzieńcza buta uległa doświadczeniu i tak oto dorobiłem się pierwszego w życiu niewolnika (był mi dłużny swoje życie do momentu opuszczenia Zony przez mnie) oraz ucznia - praktykanta.
Dopadam Miasta w ostatniej chwili i pędzę prosto do Baru. Profilaktycznie tuż pod miastem poświeciłem nieco cennego czasu na zdjęcie mutkowego daru i miałem rację. Słyszę jak wszyscy r0ozprawiajao tym jak Powinność i Wojsko rozprawiło się z kilkoma Bandytami, którzy mieli ochotę podokazywać w Barze. Puszczam jednak tę opowieść mimo uszu, za to oczami chłonę nowe szaty Zony. Inaczej nie sposób nazwać emisji. W jednej chwili z pogodnego nieba nie zostało nic! Welon ni to mgły, ni to dymu, ni to poświaty zasłonił wszystko wokoło. Dosłownie, mam wrażenie, że gdybym wysunął rękę za drzwi to mógłbym dotknąć tego czegoś. Miałem nawet na to ochotę, ale szybko mi to ktoś wybił z głowy i to dosłownie. Jednym ciosem przesunął mnie o dobre kilka metrów od drzwi, Gdy się podniosłem i dotarłem do okna zobaczyłem jak zapóźniony stalker usiłował znaleźć schronienie w jakiejś szopie. Zona otuliła go czule rękawem płaszcza Emisji i zniknął nam z oczu. Patrzyłem długo w tym kierunki i nic nie widziałem, tylko tę nową szatę Zony.
Godzinę, przez którą trwała Emisja poświeciłem na posiłek i interesy. Barman znów był nieosiągalny, podobno musiał przed emisja pojechać do Naukowców i tam został. Nie bardzo mam ochotę na niego czekać, więc biorę w obroty Inżyniera. A on odwzajemnia mi się tym samym. Wie, że mam sporo towaru i spore potrzeby, wyczuł we mnie starego wyjadacza Zony. Więc targuje się zawzięcie i stara się zedrzeć ze mnie skórę. W końcu znajdujemy „wspólną płaszczyznę porozumienia”. Będzie mnie to kosztowało kilka dodatkowych spacerów, ale co tam. Dogadałem się z nim w najważniejszej sprawie – przeszmugluje mi to, co potrzebuję przez kordon. Wojsko nie trzepie mu za każdym razem samochodu, a w zamian on dba o ich padający generator pamiętający chyba jeszcze Batiuszkę Stalina.
Po Emisji postanawiam chwile zostać w mieście i zobaczyć, jakie to jeszcze zmiany zaszły tu od mojej ostatniej wizyty. Pierwszą z nich poznaje dość szybko. To nowa Arena! Kiedyś były tu organizowane półlegalnie walki na pięści, połączone z lekkim hazardem i bukmacherką, teraz to polaczenie Las Vegas z Colosseum pod cichą kontrolą Wojska i Powinności. Kto jeszcze czerpie z tego dochody lepiej nie pytać. Obyczaje też się zmieniły, teraz wali nie kończy rozbity nos, czy złamany obojczyk. Zwycięzca pojedynku oprócz tego, co stracił jego przeciwnik, puli z zakładów unosi ze sobą jeszcze jedną najcenniejsza nagrodę – własne życie. Pokonani odchodzą w niebyt. Ciekawa metoda na regulację przyrostu naturalnego, ale ten i tak od dawna w zonie jest ujemny. Niestety nie przewidziałem jednego – wejście a teren tego przedsięwzięcia może każdego uczynić jego uczestnikiem. Jakiś ledwie co oderwany od matczynej spódnicy małolat zwiedziony moim wyglądem, a może skuszony opowieściami o tym ile czasu spędziłem u Inżyniera na sprzedawaniu tego co miałem w plecaku postanowił zdobyć szybką sławę i pieniądze bez konieczności wędrowania po Zonie.
Wyzwał mnie więc na pojedynek. Dla mnie słowo „pojedynek” kojarzy się z czasami rycerzy, turniejów, ostatecznie dwóch dobrze urodzonych panów załatwiających swoje prywatne sprawy o świcie przy uczuciu szabel, szpad, albo pistoletów, a nie krwawą jatką na oczach żadnych niezdrowych emocji zwyrodnialców. Zaproponowałem mu, więc „po cichu” swoje(moim zdaniem bardziej humanitarne) warunki gry. Jeśli jemu uda się mnie pokonać wylosowaną bronią – bierze wszystko, ale zobowiązuje się do załatwienie pewnych moich spraw osobistych poza Zoną. Jeśli ja natomiast doprowadzę grę do momentu, w którym wzorem gladiatorów będę mu mógł odebrać lub darować życie to zamienię mu długie i bolesne konanie w przyspieszony kurs eksploracji Zony pod moim nadzorem (w celu załatwianie niektórych moich interesów, o których nawet Zielnicha i Barman ani Inżynier nie wiedzą) oraz udział w części zysków z tego przedsięwzięcia. Młodzieńcza buta uległa doświadczeniu i tak oto dorobiłem się pierwszego w życiu niewolnika (był mi dłużny swoje życie do momentu opuszczenia Zony przez mnie) oraz ucznia - praktykanta.
Pamiętnik Kotowskigo: TW Dworzec cz. VII
mat. inf. TW Dworzec cz. VII
Spacer po Zonie z watahą mutków za plecami to jednak nie dla mnie, gdy dochodzę do chaty zielarki jestem spocony jak mysz. Ledwie zdążyłem z Zielnichą wyściskać i wycałować, jak już dziękowałem opatrzności za prezent od mutka. Z lasu wyskoczyła kupa Bandytów i ciągnie w nasza stronę. Zielnicha momentalnie pchnęła mnie w kierunku najbardziej ocienionego kąta i kazała siedzieć cicho. Bandyci wpadli jak do siebie, zachowują się bardzo nieelegancko w stosunku do tej jedynej opiekunki naszej niedoli w Zonie. Ich szef coś krzyczy. że sprzedała coś wojsku, bo tylko ona to miała, a teraz nie ma.
Obserwuje to ze swojego konta i po cichutku odbezpieczam pistolet. Wiem, że na niewiele to się zda moje siedem kulek. Nie położy ich wszystkich trupem, ale da choć szansę Zielarce na ucieczkę, albo wezwanie pomocy. W końcu nie wytrzymuję zachowania tego grubianina. Wstaje, podchodzę i walę go na odlew kolba pistoletu w pysk. Zdziwiony takim obrotem sprawy spływa na ziemię, a w oczach zaczyna mu się malować przerażenie. Po chili odpluwa obie górne jedynki i zaczyna coś mamrotać pod nosem. Z bełkotu wynika, że to niemożliwe żebym żył, bo przecież sam mnie postrzelił w Zonie i mutanty mnie porwały. Dureń, w półmroku nie poznał, kim jestem i wziął pewnie za jakiegoś swojego kompana, z którym się nieuczciwie rozliczał. Pozwala mu trwać w tej niewiedzy, co do moje tożsamości i mutancim krokiem odchodzę znów do swojego konta.
Uspokojony bandyta wyjaśnia że ma kłopoty z głodnymi mutantami i żal do Zielnichy że ich nie karmi tak, jak to było dawniej. Stara kobiet tłumaczy mu, że to sprawa Wojska. Pożyczyli od niej kocioł, w którym warzyła strawę dla mutków i nie chcą dodać. Dobija z nim targu, że w zamian za swój zmutowany kociołek dam u sporą porcję swojej nalewki i do tego trochę specjalnych ziółek na przypadłości Zony. A potem bezceremonialnie wyrzuca za próg znacząco pokazują w moją stronę. Bawię się setnie, ale kombinuję jak się z tego na przyszłość wyplątać.
Bandyci roją się na zewnątrz chatki, a ja z Zielnicha szybko załatwiamy nasze sprawy. Nie tak miało wyglądać to spotkanie, ale Zona ma swoje prawa i to ona dyktuje, co komu pisane. W końcu wymieniłem to, co przyniosłem na to co potrzebuję i to co zamówili ludzie poza Zoną i chce się szykować do odejścia. Zielnicha wychodzi przed chatkę, ale zaraz wraca i pokazuje mi szparę w okiennicy kładąc palec na ustach. Patrzę zaciekawiony i poznaję sekret dostatku i bogatego wyposażenia bandytów (a mają sprzęt lepszy nawet niż wojsko). Właśnie kończą dobijanie targu z grupką młodych stalkerów, którzy przyszli do Zielarki chyba po jakieś zioła czy coś. Dobijają w sensie dosłownym – nożami i bagnetami. Biedni młodzi, Zona okazała się dla nich niełaskawa, byli zbyt łatwowierni i drogo za to zapłacili.
Po chwili po stalkerach i bandytach nie ma śladu. Zaciskam żeby nie wyć. Zielnicha mruczy coś długo pod nosem, nie wiem czy zaklęcia na bandytów, czy modlitwę za stalkerów, a może jedno i drugie. Nagle szybko o zrywa się ze swego zydelka i wybiega na dwór. Wraca jeszcze szybciej i każe mi natychmiast jak mogę najszybciej ruszać w drogę do miasta, mam ledwo półgodziny na drogę, którą normalnie pokonuje się o połowę dłużej. Uprzedza mnie po starej znajomości o nowej rzeczy w zonie – Emisji. To jakiś kolejny kaprys Mojej Kochanki. Ten, kto nie ukryje się przed nią na czas tego zjawiska pozostanie z nią już na zawsze, martwy inaczej.
Spacer po Zonie z watahą mutków za plecami to jednak nie dla mnie, gdy dochodzę do chaty zielarki jestem spocony jak mysz. Ledwie zdążyłem z Zielnichą wyściskać i wycałować, jak już dziękowałem opatrzności za prezent od mutka. Z lasu wyskoczyła kupa Bandytów i ciągnie w nasza stronę. Zielnicha momentalnie pchnęła mnie w kierunku najbardziej ocienionego kąta i kazała siedzieć cicho. Bandyci wpadli jak do siebie, zachowują się bardzo nieelegancko w stosunku do tej jedynej opiekunki naszej niedoli w Zonie. Ich szef coś krzyczy. że sprzedała coś wojsku, bo tylko ona to miała, a teraz nie ma.
Obserwuje to ze swojego konta i po cichutku odbezpieczam pistolet. Wiem, że na niewiele to się zda moje siedem kulek. Nie położy ich wszystkich trupem, ale da choć szansę Zielarce na ucieczkę, albo wezwanie pomocy. W końcu nie wytrzymuję zachowania tego grubianina. Wstaje, podchodzę i walę go na odlew kolba pistoletu w pysk. Zdziwiony takim obrotem sprawy spływa na ziemię, a w oczach zaczyna mu się malować przerażenie. Po chili odpluwa obie górne jedynki i zaczyna coś mamrotać pod nosem. Z bełkotu wynika, że to niemożliwe żebym żył, bo przecież sam mnie postrzelił w Zonie i mutanty mnie porwały. Dureń, w półmroku nie poznał, kim jestem i wziął pewnie za jakiegoś swojego kompana, z którym się nieuczciwie rozliczał. Pozwala mu trwać w tej niewiedzy, co do moje tożsamości i mutancim krokiem odchodzę znów do swojego konta.
Uspokojony bandyta wyjaśnia że ma kłopoty z głodnymi mutantami i żal do Zielnichy że ich nie karmi tak, jak to było dawniej. Stara kobiet tłumaczy mu, że to sprawa Wojska. Pożyczyli od niej kocioł, w którym warzyła strawę dla mutków i nie chcą dodać. Dobija z nim targu, że w zamian za swój zmutowany kociołek dam u sporą porcję swojej nalewki i do tego trochę specjalnych ziółek na przypadłości Zony. A potem bezceremonialnie wyrzuca za próg znacząco pokazują w moją stronę. Bawię się setnie, ale kombinuję jak się z tego na przyszłość wyplątać.
Bandyci roją się na zewnątrz chatki, a ja z Zielnicha szybko załatwiamy nasze sprawy. Nie tak miało wyglądać to spotkanie, ale Zona ma swoje prawa i to ona dyktuje, co komu pisane. W końcu wymieniłem to, co przyniosłem na to co potrzebuję i to co zamówili ludzie poza Zoną i chce się szykować do odejścia. Zielnicha wychodzi przed chatkę, ale zaraz wraca i pokazuje mi szparę w okiennicy kładąc palec na ustach. Patrzę zaciekawiony i poznaję sekret dostatku i bogatego wyposażenia bandytów (a mają sprzęt lepszy nawet niż wojsko). Właśnie kończą dobijanie targu z grupką młodych stalkerów, którzy przyszli do Zielarki chyba po jakieś zioła czy coś. Dobijają w sensie dosłownym – nożami i bagnetami. Biedni młodzi, Zona okazała się dla nich niełaskawa, byli zbyt łatwowierni i drogo za to zapłacili.
Po chwili po stalkerach i bandytach nie ma śladu. Zaciskam żeby nie wyć. Zielnicha mruczy coś długo pod nosem, nie wiem czy zaklęcia na bandytów, czy modlitwę za stalkerów, a może jedno i drugie. Nagle szybko o zrywa się ze swego zydelka i wybiega na dwór. Wraca jeszcze szybciej i każe mi natychmiast jak mogę najszybciej ruszać w drogę do miasta, mam ledwo półgodziny na drogę, którą normalnie pokonuje się o połowę dłużej. Uprzedza mnie po starej znajomości o nowej rzeczy w zonie – Emisji. To jakiś kolejny kaprys Mojej Kochanki. Ten, kto nie ukryje się przed nią na czas tego zjawiska pozostanie z nią już na zawsze, martwy inaczej.
Pamiętniki Kotowskiego: TW Dworzec cz. VI
mat. inf. TW Dworzec cz. VI
Czas wracać do miasta i trochę pohandlować. To, co mam powinno wystarczyć na kilka niezbędnych zakupów. Tylko, jakie teraz panują ceny i kursy? Moje rozważania ekonomiczne przerywam w jednej chwili ósmy, a może i dziewiąty zmysł. Jednym ruchem padam za najbliższa za słone, a karabin sam ląduje przy ramieniu i oko już grywa muszkę ze szczerbinką i celem. Przede mną z gracją stada słoni przedziera się przez las kawalkada młodych eksploratorów, nawet nie mam ochoty nazywać ich stalkerami – do tego jeszcze musza dorosnąć. Na razie kieruje nimi adrenalina i wiara w sprzęt, który dźwigają na sobie. A mają tego sporo. Najnowsze model masek gazowych z nowiutkimi filtrami, wygodne i lekkie plecaki, pasy, ładownice, nawet kombinezony gdzieś sobie pokombinowali – widać, że wojskowe, ale takich to nawet ja dotąd nie widziałem. Teraz rozumiem, co oferują dobroczyńcy Zony i Sponsorzy stalkerów. Już po chwili wiem też jak się odwdzięczają za ten sprzęt. Słyszę ich przechwałki – to dostałem w nagrodę po ostatniej wyprawie do Zony, tamto mam od sponsora, a to kupiłem na wyprzedaży z tego „transportera handlowego”. Postanawiam troszkę ich poobserwować z dystansu. Idę więc za nimi jakiś czas. W sumie to nawet mam uznanie dla nich za zorganizowanie i sprawność działania. Do anomalii i znajdek podchodzą pojedynczo, a reszta osłania, jak trzeba lekarstw, albo sprzętu specjalnego momentalnie przekazują to temu, który bezpośrednio eksploruje anomalię. Artefakty dzielą równo miedzy siebie tak, jak im na to sprzęt transportowy pozwala, nadmiary dobra dobrze maskują i oznaczają. Szkoda tylko, że nie wiedzą o tym, iż niektóre ich skrytki już wylądowały na moim oleacie – a niech się nauczą, że tyły też trzeba obserwować. Ja też dawno temu tak nabywałem doświadczenia.
Zostawiam w końcu młodych i ruszam na południe. Mam sprawę do Zielnichy i kilka rzeczy, które jej spoza Zony przemyciłem. Zanim jednak ruszę do jej domku zaglądam na moment do Baru –Barman gdzieś się zawieruszył, wiec znów wynajmuje skrytkę u Inżyniera. Płace mu jego ulubionymi „bateryjkami”, dla mnie nie maja wartości, nie umiem ich wykorzystać dla własnych potrzeb, a ten cwaniak jest na nie szczególnie łasy. Podobno już potrafi zmusić je do „współpracy”. Targ dobity ruszam w drogę. Im bliżej chatki tym więcej mutków ciekawie mi się przygląda zza krzaków. Nie gonie ich i nie macham bronią przed oczami, więc mnie póki co nie zaczepiają. Choć widzę, że jakoś dziwnie podekscytowane są i jakby bardziej agresywne. Jednego czy dwóch poznaję z daleka po sylwetkach, ale większość to jakieś nowe dzieci Zony. W końcu jednak musze sięgnąć do kieszeni po ich przysmaki. Podchodzą coraz bliżej. Dobrze, że stary Kewlar jest z nimi, poznał mnie chyba jakoś tym swoim zmutowanym rozumem i mruczy cos po swojemu. Widzę, że mutacja u niego ostro posunęła się do przodu, nie wiem jednak czy to wina zony czy jego specyficznej diety. Znów ciągnie za sobą swoje ulubione drugie śniadanie w resztkach munduru. Siadam na środku polanki i odkładam wszystko tak żeby widział to wyraźnie. Na samym środku kładę jak zwykle na czystym kawałku płótna kilka jego ulubionych słodyczy. Podchodzi bardzo powoli, nieufnie, nigdy się tak nie zachowywał. Co i raz patrzy to na moje ręce to na karabin, w końcu bierze go w jedną z tych dodatkowych rąk i odciąga dalej ode mnie. Będę się miał z pyszna jak nas teraz ktoś zaskoczy. Inne mutki zachęcone tym widokiem próbują się do mnie zbliżyć, ale Kewlar coś warknął po swojemu do nich i odbiegają przerażone, z dystansu patrzą na nas ciekawie, a ja czuję się jak cielak u rzeźnika.
Widzę jak Kewlar z wysiłkiem usiłuje wydobyć z siebie kilka zrozumiałych słów, idzie mu to jeszcze gorzej niż ostatnio. W końcu zrozumiałem tylko: „źle” albo „złe”, „czas”, „banda”, „sołdat”, „kula”, „ból”, „głód”. Reszty domyślam się z tego, co gestykuluje tymi pięcioma rękami i pokazuje to na siebie, to na „śniadanie”, to na inne mutki. Pokazuję mu swój plecak i siebie, mówię że chce coś jeszcze mu dać. Zrozumiał od razu, czyli jeszcze można z nim się dogadać, to dobry znak. Wysypuję z plecaka wszystkie przysmaki mutków, jakie tam mam schowane na czarną godzinę i stawiam wszystko na jedna kartę. Tłumaczę jak mogą najspokojniej i najprościej staremu mutkowi że nie chce mieć nic wspólnego z nowymi porządkami w Zonie, ze po staremu unikam wszystkich i wszystkiego. Nie handluję z wojskiem, ani nie mam układów z bandytami. Tak jak zawsze przyjechałem do Zony, bo bez niej długo nie potrafię wytrzymać. Staram mu się wytłumaczyć też, że potrzebuję kilku specjalnych rzeczy, które są w szczególnie niebezpiecznej dla mnie anomalii. Zycie poza zona jest coraz cięższe i muszę jakoś kombinować żeby rodzinę utrzymać. To, co chcę wywieść pójdzie na dobry cel. Nie proszę o nic specjalnego, tylko żeby mutki dały mi spokój. Obiecuję, że postaram się zdobyć jeszcze trochę smakołyków dla nich i jeśli zobaczę, że ktoś je usiłuje krzywdzić to nie zawaham się stanąć w ich obronie. Stanąć, jak stanąć, raczej położyć się za drzewem z karabinem w ręku, ale za to skutecznie. Mam tu kilka sowich prywatnych rachunków do załatwienia, nie chcę życia przy okazji stracić. Kewlar najpierw słucha uważnie, ale w pewnej chwili nie wytrzymuje napięcia i gwałtownie rzuca się na smakołyki.
Co się musiało dziać przez ten czas w Zonie skoro taki stary mutant nie jest w stanie powstrzymać się na dłużej? Coś mi się wydaje, że ten głód i kule mają nader wyraźny związek i to raczej bardzo długotrwały niż świeży. Zamieram w bezruchu i czekam na rozwój wypadków. Kewlar się w końcu uspokaja i jak dziecko zaczyna uśmiechać się tą swoją bólem wykrzywiona gęba umazana teraz w czekoladzie. Wygląda to jednocześnie tragicznie i komicznie, ale nawet nie próbuję się śmiać. Może to się nie najweselej dla mnie skończyć. Nikt, kogo znałem nie przeżył próby naśmiewania się z mutanta w tej Zonie. Kewlar znów coś mruczy i wstaje. Dziwne zostawił koło mnie swoje „drugie śniadanie”. Po chwili wraca ciągnąc w jednej ręce mój karabin a w drugiej jakiś worek. Czekam, co będzie dalej. Karabin ląduje w miarę lekko na moich klamotach, a worek przede mną. Kewlar wywala z niego niezręcznie jakieś szmaty i resztki przedmiotów. Niektóre okrwawione, na innych jeszcze są ślady włosów i czegoś innego. Grzebie w tym śmietnisku przez chwilę, a w końcu podsuwa mi pod nogi skarb, jakiego się nie spodziewałem: kombinezon i kurtkę. Nawet nie próbuję domyślać się jak skończyli ich poprzedni właściciele. Kewlar teraz gestykuluje bardzo żywo pokazując na mnie, swoje skarby i jedzenie oraz na inne mutki. Pytam go w końcu czy najpierw jedzenie potem prezenty czy na odwrót. Znów uśmiech rozjaśnia na moment jego udręczoną twarz. Z tego, co tłumaczy mi po swojemu rozumiem – prezent teraz, ochrona teraz, jedzenie potem, ochrona potem. Dobijamy targu, a ja żałuje ze nie mogę go ot tak po prostu uściskać jak dawnego znajomego i podać mu ręki na koniec tego spotkania. Pakuję się i ruszam dalej mówiąc głośno i w wyraźnie w kierunku obserwujących mnie krzaków: Idę do Zielnichy!
Czas wracać do miasta i trochę pohandlować. To, co mam powinno wystarczyć na kilka niezbędnych zakupów. Tylko, jakie teraz panują ceny i kursy? Moje rozważania ekonomiczne przerywam w jednej chwili ósmy, a może i dziewiąty zmysł. Jednym ruchem padam za najbliższa za słone, a karabin sam ląduje przy ramieniu i oko już grywa muszkę ze szczerbinką i celem. Przede mną z gracją stada słoni przedziera się przez las kawalkada młodych eksploratorów, nawet nie mam ochoty nazywać ich stalkerami – do tego jeszcze musza dorosnąć. Na razie kieruje nimi adrenalina i wiara w sprzęt, który dźwigają na sobie. A mają tego sporo. Najnowsze model masek gazowych z nowiutkimi filtrami, wygodne i lekkie plecaki, pasy, ładownice, nawet kombinezony gdzieś sobie pokombinowali – widać, że wojskowe, ale takich to nawet ja dotąd nie widziałem. Teraz rozumiem, co oferują dobroczyńcy Zony i Sponsorzy stalkerów. Już po chwili wiem też jak się odwdzięczają za ten sprzęt. Słyszę ich przechwałki – to dostałem w nagrodę po ostatniej wyprawie do Zony, tamto mam od sponsora, a to kupiłem na wyprzedaży z tego „transportera handlowego”. Postanawiam troszkę ich poobserwować z dystansu. Idę więc za nimi jakiś czas. W sumie to nawet mam uznanie dla nich za zorganizowanie i sprawność działania. Do anomalii i znajdek podchodzą pojedynczo, a reszta osłania, jak trzeba lekarstw, albo sprzętu specjalnego momentalnie przekazują to temu, który bezpośrednio eksploruje anomalię. Artefakty dzielą równo miedzy siebie tak, jak im na to sprzęt transportowy pozwala, nadmiary dobra dobrze maskują i oznaczają. Szkoda tylko, że nie wiedzą o tym, iż niektóre ich skrytki już wylądowały na moim oleacie – a niech się nauczą, że tyły też trzeba obserwować. Ja też dawno temu tak nabywałem doświadczenia.
Zostawiam w końcu młodych i ruszam na południe. Mam sprawę do Zielnichy i kilka rzeczy, które jej spoza Zony przemyciłem. Zanim jednak ruszę do jej domku zaglądam na moment do Baru –Barman gdzieś się zawieruszył, wiec znów wynajmuje skrytkę u Inżyniera. Płace mu jego ulubionymi „bateryjkami”, dla mnie nie maja wartości, nie umiem ich wykorzystać dla własnych potrzeb, a ten cwaniak jest na nie szczególnie łasy. Podobno już potrafi zmusić je do „współpracy”. Targ dobity ruszam w drogę. Im bliżej chatki tym więcej mutków ciekawie mi się przygląda zza krzaków. Nie gonie ich i nie macham bronią przed oczami, więc mnie póki co nie zaczepiają. Choć widzę, że jakoś dziwnie podekscytowane są i jakby bardziej agresywne. Jednego czy dwóch poznaję z daleka po sylwetkach, ale większość to jakieś nowe dzieci Zony. W końcu jednak musze sięgnąć do kieszeni po ich przysmaki. Podchodzą coraz bliżej. Dobrze, że stary Kewlar jest z nimi, poznał mnie chyba jakoś tym swoim zmutowanym rozumem i mruczy cos po swojemu. Widzę, że mutacja u niego ostro posunęła się do przodu, nie wiem jednak czy to wina zony czy jego specyficznej diety. Znów ciągnie za sobą swoje ulubione drugie śniadanie w resztkach munduru. Siadam na środku polanki i odkładam wszystko tak żeby widział to wyraźnie. Na samym środku kładę jak zwykle na czystym kawałku płótna kilka jego ulubionych słodyczy. Podchodzi bardzo powoli, nieufnie, nigdy się tak nie zachowywał. Co i raz patrzy to na moje ręce to na karabin, w końcu bierze go w jedną z tych dodatkowych rąk i odciąga dalej ode mnie. Będę się miał z pyszna jak nas teraz ktoś zaskoczy. Inne mutki zachęcone tym widokiem próbują się do mnie zbliżyć, ale Kewlar coś warknął po swojemu do nich i odbiegają przerażone, z dystansu patrzą na nas ciekawie, a ja czuję się jak cielak u rzeźnika.
Widzę jak Kewlar z wysiłkiem usiłuje wydobyć z siebie kilka zrozumiałych słów, idzie mu to jeszcze gorzej niż ostatnio. W końcu zrozumiałem tylko: „źle” albo „złe”, „czas”, „banda”, „sołdat”, „kula”, „ból”, „głód”. Reszty domyślam się z tego, co gestykuluje tymi pięcioma rękami i pokazuje to na siebie, to na „śniadanie”, to na inne mutki. Pokazuję mu swój plecak i siebie, mówię że chce coś jeszcze mu dać. Zrozumiał od razu, czyli jeszcze można z nim się dogadać, to dobry znak. Wysypuję z plecaka wszystkie przysmaki mutków, jakie tam mam schowane na czarną godzinę i stawiam wszystko na jedna kartę. Tłumaczę jak mogą najspokojniej i najprościej staremu mutkowi że nie chce mieć nic wspólnego z nowymi porządkami w Zonie, ze po staremu unikam wszystkich i wszystkiego. Nie handluję z wojskiem, ani nie mam układów z bandytami. Tak jak zawsze przyjechałem do Zony, bo bez niej długo nie potrafię wytrzymać. Staram mu się wytłumaczyć też, że potrzebuję kilku specjalnych rzeczy, które są w szczególnie niebezpiecznej dla mnie anomalii. Zycie poza zona jest coraz cięższe i muszę jakoś kombinować żeby rodzinę utrzymać. To, co chcę wywieść pójdzie na dobry cel. Nie proszę o nic specjalnego, tylko żeby mutki dały mi spokój. Obiecuję, że postaram się zdobyć jeszcze trochę smakołyków dla nich i jeśli zobaczę, że ktoś je usiłuje krzywdzić to nie zawaham się stanąć w ich obronie. Stanąć, jak stanąć, raczej położyć się za drzewem z karabinem w ręku, ale za to skutecznie. Mam tu kilka sowich prywatnych rachunków do załatwienia, nie chcę życia przy okazji stracić. Kewlar najpierw słucha uważnie, ale w pewnej chwili nie wytrzymuje napięcia i gwałtownie rzuca się na smakołyki.
Co się musiało dziać przez ten czas w Zonie skoro taki stary mutant nie jest w stanie powstrzymać się na dłużej? Coś mi się wydaje, że ten głód i kule mają nader wyraźny związek i to raczej bardzo długotrwały niż świeży. Zamieram w bezruchu i czekam na rozwój wypadków. Kewlar się w końcu uspokaja i jak dziecko zaczyna uśmiechać się tą swoją bólem wykrzywiona gęba umazana teraz w czekoladzie. Wygląda to jednocześnie tragicznie i komicznie, ale nawet nie próbuję się śmiać. Może to się nie najweselej dla mnie skończyć. Nikt, kogo znałem nie przeżył próby naśmiewania się z mutanta w tej Zonie. Kewlar znów coś mruczy i wstaje. Dziwne zostawił koło mnie swoje „drugie śniadanie”. Po chwili wraca ciągnąc w jednej ręce mój karabin a w drugiej jakiś worek. Czekam, co będzie dalej. Karabin ląduje w miarę lekko na moich klamotach, a worek przede mną. Kewlar wywala z niego niezręcznie jakieś szmaty i resztki przedmiotów. Niektóre okrwawione, na innych jeszcze są ślady włosów i czegoś innego. Grzebie w tym śmietnisku przez chwilę, a w końcu podsuwa mi pod nogi skarb, jakiego się nie spodziewałem: kombinezon i kurtkę. Nawet nie próbuję domyślać się jak skończyli ich poprzedni właściciele. Kewlar teraz gestykuluje bardzo żywo pokazując na mnie, swoje skarby i jedzenie oraz na inne mutki. Pytam go w końcu czy najpierw jedzenie potem prezenty czy na odwrót. Znów uśmiech rozjaśnia na moment jego udręczoną twarz. Z tego, co tłumaczy mi po swojemu rozumiem – prezent teraz, ochrona teraz, jedzenie potem, ochrona potem. Dobijamy targu, a ja żałuje ze nie mogę go ot tak po prostu uściskać jak dawnego znajomego i podać mu ręki na koniec tego spotkania. Pakuję się i ruszam dalej mówiąc głośno i w wyraźnie w kierunku obserwujących mnie krzaków: Idę do Zielnichy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
