poniedziałek, 31 października 2011

Zona Sęki 2010 cz. 1

Nie znoszę pisania raportów z misji, ani cząstkowych, ani końcowych. Efekty działania zazwyczaj dostarczam w czarnych workach, lub zabierają je przysłani po nie kurierzy w ciemnych okularach. Mimo to muszę mieć na wszelki wypadek spisane gdzieś to, co chodzi mi po głowie podczas akcji. Choćby po to żeby na wypadek gdyby jakiemuś ambitnemu gryzipiórkowi w Centrali zachciało się domagać się raportu od startego Wewnętrznego - mieć go na podstawie czego napisać. Zazwyczaj te moje zapiski wyglądają jak zwierzenia pijaka na sesji u psychoanalityka albo dzienniki samobójcy szeptane do starego dyktafonu. Tym razem pewnie nie będzie inaczej, tylko forma będzie nieco inna niż zwykle. Od ostatniego lotu zrobiłem się bardzo sentymentalny i „elokwentny”, a tak naprawdę połamany staw skokowy doskwiera mi czasem tak, że chce mi się wyć. Wiąc albo zbijam ból prochami, albo zapijam tym, czego lekarze mi zabraniają pić. I w takim stanie gadam z moim magnetofonem o tym, co mi leży na wątrobie.

Z tamtego lotu nie pamiętam zbyt wiele, zresztą jak z każdej okazji, gdy marnowałem jedno z 9 żyć przypadającego na jednego kota. A powinienem, może bym tyle razy nie musiał uciekać grabarzowi spod łopaty. Może teraz siedziałbym w przytulnym gabinecie popijał coś smaczniejszego niż piję i wspominał stare dobre czasy patrząc na kolekcję zdjęć i medali na jego ścianach? Nie wiem, może, wolę się nad tym nie zastanawiać zawsze kończy się to jakąś awanturą i kolejnym zakrętem życiowym.

Więc, o jaki lot chodzi? Ten sprzed pół roku. Nie chciałem lecieć na to zadanie, zresztą nigdzie już mi się nie chciało latać. Jaką radość może ci przynosić coś, co miało być twoim życiem, a jest tylko snem złotym? Po tym jak jeszcze podczas szkolenia podstawowego postanowiłem udowodnić, że stary okrągły PD nadaje się do akrobacji i przy okazji własnymi kopytami sprawdzić twardość betonu pasa startowego wylądowałem na długo w szpitalu. Taki uśmiech losu – wysłali do oficerskiego, ale postawili ultimatum; Wyleczymy, będziesz chodził, tańczył, śpiewał, ale dla Nas. Nie chcesz – wyjedziesz z koszar na wózku i bez renty. Co miałem robić? Zgodziłem się. Dali po szpitalu odpocząć trochę, robotę znaleźli, przeszkolili. Woziłem się potem kilka ładnych lat na prawym fotelu jakichś zawszonych transportowców w najdzikszych rejonach Matuszki Rasjii a i poza nią tez nieraz zdarzało się polatać.

Tylko to moje latanie było takie bardziej na papierze. Miałem zupełnie inne rozkazy i zadania. Nie potrafili mi darować tego, co mi wbijali w łeb w OWWGSD. Ty słuchaj Nas, ty wykształcony jesteś, języki znasz – ty będziesz latał, ale nie dla latania – ty będziesz zdjęcia robił, słuchał, notował, nawet damy ci legalna przykrywkę – będziesz dziennikarz, albo korespondent, ale dla Nas i pamiętaj - raz ci pomogliśmy, możemy drugi raz nie pomóc, a nawet pomóc losowi, wiesz samoloty u nas nie nowe, spadają czasem z nieba.

Jak zaczęło się gotować w Afganistanie – znacznie wcześniej niż w ogóle pozwoli o tym, choć słowem pisnąć – przypomnieli sobie znów o mnie, dostałem kolejny awans i zadanie. Zniknąłem na jakiś czas z oczu znajomym i wszyscy myśleli że pewnie znów nie mam zbyt dużo roboty i włóczę się gdzieś na przymusowym urlopie. A tak nie było! Znów musiałem najpierw sobie przypomnieć, a potem innym przekazać cała wiedzę, którą kiedyś mi do głowy wbijali. Sporo tego było jak na „radiotelegrafistę 3 klasy” i niektórych bardzo dziwiło, po co nam znajomość broni przeciwników, ładunki wybuchowe, posługiwanie się nietypową bronią improwizowaną i całe mnóstwo innych pozornie niepotrzebnych przedmiotów. Cóż takie to już było nasze szkolenie – Wewnętrzni zawsze szkoleni byli inaczej.

Ten lot to miał być rutyna – przelot do nowej bazy – zwykłe przebazowanie. Przy okazji zabrali mnie i kilku takich jak ja – milczących, patrzących zza ciemnych szkieł gdzieś w dal gości, którzy już dawno doszli do wniosku, że te ostatnie lata przed emeryturą powinni spędzać za cichymi biurkami, ale nie potrafili wysiedzieć za nimi dłużej niż kilka tygodni. Lecieliśmy po to żeby w imię wyższych ideałów z kolejnej grupy młodych kandydatów na bohaterów zrobić skuteczne maszyny do zabijania. Mechanik pokładowy w tym śmigłowcu był tak samo świeży jak mundur, który miał na sobie. Jeszcze pachniał magazynem i rękami szwaczki, która szyła go gdzieś w jakimś zakładzie. Tak jak jego mundur nie był w ogóle otrzaskany z tym, co miał robić. Nie kochał latania, powietrza, i ono mu to odwzajemniło – już kilka minut po starcie mundur był brudny, zapocony i zarzygany. Śmierdział tak jak śmierdzieć potrafi wnętrze maszyny, której załoga urwała się właśnie spod ognia i na resztkach siły nośnej, z kadłubem jak rzeszoto dociągnęła do bazy. Żeby obryzgał tylko siebie nie miałbym do niego żalu, ale jego jadłospis z ostatniego tygodnia wypisany był również na podłodze, drzwiach kabiny transportowej – wszędzie.
Przed samym lądowaniem piloci powiedzieli, że na dole jest trochę gorąco i uprzejmie proszą o szybkie wysiadanie, najlepiej jeszcze zanim dotkniemy kołami lotniska. Jeśli oni mówią ci coś takiego to znaczy, że na dole jest co najmniej piekło i należy zabierać swoje życie z latającej trumny w tempie ekspresowym. Szczególnie, że w takich sytuacjach piloci tak naprawdę nie mają w planach wogóle lądować! Staną w zawisie tuż na ziemią i jak tylko wyskoczysz na zewnątrz podciągną za dźwignie „skoku i mocy” i już ich nie będzie.
Tak samo było tym razem, tylko ja miałem pecha. Sprzętu miałem ze sobą prawie tyle samo, co sam ważę wiec jak trafiłem nogą w to, co zjadł mechanik straciłem równowagę. Pilot widząc, że lecę gębą w piach prosto z kabiny momentalnie pociągnął w górę i zwiał do domu. W ten sposób misję skończyłem nim zacząłem.

Znów trafiłem do szpitala, mam teraz w nodze ładną kolekcję tytanowych śrub i blaszek, a w głowie wrażenie, że koło historii powoli domyka swój bieg – skoro zaczynałem służbę Wewnętrznego od szpitala, to pewnie skoro znów trafiłem do szpitala to i za niedługo ją zakończę. Moim mocodawcy oczywiście mówią inaczej; Jeśli nie chciałeś brać tamtej misji szkoleniowej – trzeba było nam powiedzieć, dostałbyś inny przydział, a nie sobie specjalnie nogę łamać i problemy stwarzać. Żartują, czy rzeczywiście tak myślą?
Chyba nie do końca im do śmiechu, bo oddział który miałem wyszkolić i poprowadzić na pierwszą misja pod innym dowództwem wybili prawie do nogi w trakcie pierwszego patrolu. Ten przydział to jakaś makabra. Miałem tu w spokoju i ciszy odpocząć, dojść do siebie, zregenerować siły. Czytam papiery, jakie mi przysłali i nic nie trzyma się kupy. Spokojny teren, wioseczka jak z Lermontowa, albo Tołstoja, wokół lasy, nieskażona przyroda. Tylko, że to wszystko nieprawda, tak to tu było przed tym czymś, czego w papierach nie ma.

Rzeczywistość to ta cholerna Baza, w której jestem od kilku zaledwie dni. Płot, który ogradza teren większy niż niejeden tajny poligon. W Bazie niby normalna służba pograniczników - tylko, dlaczego na każdy patrol trzeba ich na kopach wyrzucać? Goście którzy maja za sobą służbę tam, gdzie już nawet diabeł nie fatygował się ze strachu i nie mówił dobranoc - tutaj albo chlają, albo szukają innych metod byleby nie zwariować i nie uciekać stad z wrzaskiem.
A ta banda naukowców? Co oni tam za tym płotem badają? Czego tam szukają? Spytasz to zanim powiedzą, że nie mogą ci powiedzieć cytują z pamięci takie paragrafy i klauzule tajności, że połowy z nich nie znam, a druga połowa za samą ich znajomość kwalifikuje cię do tego, żebyś zapomniał o spokojnym życiu do samej śmierci.

W Bazie - zgodnie z tym, co mówili na odprawie - starałem się przez te kilka dni zorientować na podstawie tego, co mówi wojsko. Nic z tego, albo ta wóda, która można kupić w jedynym barze i cały pędzony samogon jest tak samo pokręcony jak baza i Zona, albo mamy tu jakiś skrajny przypadek zbiorowej halucynacji. Nikt wprost w oczy mnie Wewnętrznemu nic nie powie, każdy ucieka do swoich zadań i robi wszystko żeby w moim gabinecie się nie znaleźć. Widać Tow. Kapitan Sukowa już im życie umiliła przed moim przybyciem. Ona zresztą też patrzy ma nie jak na coś, co należy zniszczyć zanim się rozwinie. Kiepski pomysł, nie mam zamiaru jej stąd usuwać, ani zajmować jej stołka. Zostało mi już naprawdę niewiele do emerytury, chcę te misję mieć za sobą szybko, czysto i bez powodów do pozostawiania mnie na dłużej w czynnej służbie na tym zaszczytnym posterunku.

Miejscowi też są jacyś dziwni. Cóż albo mnie zaakceptują, albo nie. Jedno jest pewne – nie podoba mi się to, co robią. Myślą, że my tam w Bazie i na patrolach nie orientujemy się kompletnie w tym, że mają tu tyle broni że mogli by mała rewolucję ogłosić? Fakt cześć z tego to zabytki pamiętające Wielka Ojczyźnianą, ale zachowane we wspaniałym stanie. Inni mają za to sprzęt najświeższego sortu. Taki, który ginął „w tajemniczych okolicznościach” z transportów dla tych młodych bohaterów, których szkoliłem. Może dla tego dostawali takiego łupnia na pierwszych patrolach? Głupio umierać od kuli z broni, która jechała do twoich rąk, ale nie dotarła.

Najbardziej mi szkoda tego, że Zona zaczyna brać się za naszych. Nie, nie wieżę póki co w te wszystkie opowieści zasłyszane przy samogonie o zombie, mutantach, anomaliach i tego rodzaju cudach rodem z kiepskich filmów klasy C. Mam swoje materiały i raporty. Wynika z nich niezbicie, że na terenie Zony jest coś, co interesuje naukowców, ale miejscowi zwietrzyli interes i zaczynaj penetrować teren nielegalnie.
Żyją tu od zawsze, więc mają przewagę taktyczną. Sporo tego musi tam być skoro, co i raz przychodzą z propozycją sprzedaży „artefaktów”. Chłopcy na patrolach też ich parę razy zatrzymali „w celach edukacyjnych”. Łapać ich wszystkich dopóki zanoszą te „artefakty” naukowcom nie warto. Gorzej jak próbują na tym interesy ubijać - wtedy trzeba dla przykładu jednemu i drugiemu nakrzyczeć co nieco, zaproponować długotrwały pobyt na wczasach np. na Kołymie i znów jest spokój.

Problem jest większy z tymi, których zarobek sprowadza z daleka. Oni prawo mają od dawna gdzieś. Nie wąchają się użyć broni, a nawet zabić. Dla nich chyba jedna będę musiał przygotować kilka spotkań z moim wiernym druhem Tow. SW Dragunowem. Damy im kilka „ołowianych prezentów” może zrozumieją, że tam gdzie się pojawiam nie jest wskazane dla zdrowia wynajdowanie mi zajęcia i zmuszanie mnie do wysiłku w jakiejkolwiek postaci, szczególnie teraz, kiedy jeszcze nie do końca doszedłem do siebie i muszę ograniczać spacery przez te cholerną kulę.

Ostatnie raporty tuż sprzed mojego przybycia najbardziej mnie interesują. Zdaje się, że spraw jest już znana nie tylko u nas i być może dlatego Wewnętrzni muszą się poważniej tym zająć. Co gorsza materiał w wojsku już nie ten, co dawniej i element znajduje tu podatny grunt do swojej roboty. Jeden z naszych widać bardzo rozeźlony na to, że nie zarobił na lewo na interesie z Zoną udzielił kilku informacji swojemu kumplowi, który od jakiegoś czasu w cywilu nie najlepiej przędzie. Młodszy ode mnie, a już w cywilu – więc albo bohater, albo inwalida, albo wywalili na zbity pysk.

Z raportu wynika, że jakiś pismak z National Geographic (ciekawi mnie czy taki sam „reporter” jak ja) miał chrapkę na soczysty reportaż z Zony. Szukał dłuższy czas po okolicy przewodnika, aż spraw zaczęła śmierdzieć i smród doszedł aż do Nas. W końcu pokaźna kolekcja portretów prezydentów USA skusiła tego biednego chłopaka i poszedł do Zony z Reporterem. Niby taki dobry był, albo Reporter taki zły, ale nie dość ze władowali się do Zony „tajnym” wejściem przez celowo niełataną od dawna dziurę w płocie (przynajmniej mamy kontrole, kto i kiedy tamtędy się pakuje do środka) to jeszcze nie potrafili zamaskować swojej bytności w tym miejscu. Błąd i to poważny – wszak te dziurę połowa mieszkańców sobie upatrzyła, jako skrót po grzyby i inne owoce leśne z Zony. Niestety w Zonie coś musiało pójść nie tak, Chłopak wrócił sam, boi się pokazywać we wsi i w Barze. Musiał się w niezłą kabale wpakować, tym bardziej, że jedne z patroli meldował o ostrej wymianie ogna w tamtym rejonie. Zdaje się, że miejscowa „znachorka” z wnuczka w tym samym czasie były w tym rejonie po jakieś owoce na nalewki czy coś takiego. Po tym wszystkim miejscowi znów zaczęli w barze przy samogonie szeptać o większej aktywności „sił nieczystych” w Zonie i te właśnie siły posądzają o zniknięcie Reportera.

Mam swoje zdanie na temat tego, co mogło się stać w Zonie i kto jest odpowiedzialny za śmierć Reportera (bo w zniknięcie niestety nie uwierzę), oraz jaką role w tym wszystkim miała Znachorka i jej Wnuczka. Na razie jednak jedyne, co robię to obserwuję. Staram się być jak najlepszy w tym, co potrafię, siedzę więc spokojnie w kącie i popijam ze swojej szklaneczki, a oczy i uszy pracują dla mnie. Szkoda tylko, że nie mogę działać tak jak do tego przywykłem, kontuzja wymusza inne zachowania i sposoby działania. Cóż człowiek uczy się cale życie, przybędzie kilka nowych doświadczeń.

Ciekawy jestem, jaka naprawdę jest Zona. Jestem wszak tutaj pierwszy raz i tak naprawdę jeszcze nawet nie zbliżyłem się do jej granic. A może powinienem się tam jednak wybrać? Sam, z patrolem, a może z kimś z miejscowych? Te ich opowieści o Zonie mają więcej sensu w sobie niż niejeden raport, który czytałem do tej pory …