piątek, 13 kwietnia 2012

Pamiętniki Kotowskiego: Zona Sęki cz. III

Do bazy wróciłem w sama porę. Biuro prawie gotowe, więc wyrzuciłem za drzwi wojaków - coś niektórzy za bardzo się interesowali tym, co przywiozłem, zamiast robotą. Zresztą i tak niektórych rzeczy zrobić za mnie nie mogą. Szczególnie tych, które mojej służby dotyczą. Biuro teraz większe, dywan nawet chłopaki gdzieś zorganizowali, ładny, czysty i taki miękki, będzie można nawet buty od czasu do czasu zdjąć i dać nogom odpocząć. Meble jeszcze nie przyjechały, więc cały majdan po staremu na stół, biurko i okno powędrował, dobrze, chociaż że wieszak jest - mam gdzie mundur powiesić. Ale ta część budynku niestety jeszcze ogrzewania nie ma i okna też nieszczelne - trudno grzać się trzeba będzie procentami.
Łączność już też swoje zrobiła - znaczy się raport z poprzedniego pobytu zrobił swoje. Zapotrzebowane telefony i łącznice przyszły. Tylko sprzęt, choć podobny, to jednak nie nasz - wszystko po polsku opisane i niektóre sztuki jeszcze Wielka Ojczyźnianą Wojnę pamiętają. Znaczy się, że z magazynów od Polskiej Armii brane.

Wieczór się zbliża, czas iść na bramę zobaczyć jak wygląda kontrola wjazdu do Zony. Tak jak się spodziewałem - brama silnie umocniona, lepiej niż ostatnio! No i nareszcie porządek jest - wartownik, szlabanowy, sekcja kontrolna, nawet starszyna na bramie nareszcie jest i przepustki ma i łączność z wartownią w razie czego. Będzie co pisać, może Dowódca upragniony awans i lepszy przydział dostanie.

Pochwaliłem, ale za wcześnie - to, co się na bramie dzieje w żadnym raporcie nie opisze, bo szkoda dzieciaków. A jest źle!
Do Zony stalkerzy i inna swołocz jak na Krym całymi wycieczkami walą. Każdy samochód, wózek czy co tam jeszcze są w stanie zorganizować - wypchany tak, że ledwo się koła obracają.
Czego oni w tych swoich pojazdach nie mają? No właśnie - żadnych dokumentów, przepustek, za to broni i amunicji całe skrzynie. Dla porządku kilka samochodów trzepiemy z wojskiem do śrubki, jak na przejściu granicznym. Skarby takie wyciągamy, że skrzynia na depozyty do wyjaśnienia zapełnia się nawet za szybko. Coś mi się jednak nie podoba. Nawet jak przepustki na samochód nie ma na początku, to już po chwili dziwnym trafem się pojawia i to świeżutka, niemalże tusz jeszcze ciepły. Nie pytam, tu warta ma ostrą amunicję, a o przypadkowy strzał nietrudno. Poprzyglądam się, wnioski i konsekwencję wyciągnę. Póki, co każę służbowemu do gabinetu co ciekawsze dowody zanieść - później zbadam co to jest i dlaczego takie mocne.

No i trafił się kwiatuszek na bramie - dobrze koledzy z Moskwy uprzedzali. Przyjechała Elizabeth Wilmowsky ze swoimi dwoma kolegami. Tłumaczyli jej ludzi mniej lub bardziej dyskretnie - nie pchaj się w kłopoty dziewczyno, ale ja rozumiem - sprawy rodzinne i osobiste to święta rzecz. Byle tylko na własną rękę za dużo nie próbowała zrobić. Nawet wyjątkowo dla niej przypomniałem sobie angielski. Zobaczymy jak to będzie - poradziłem jej żeby przyszła do Bazy, specjalną przepustkę dałem. Może zrozumie, że jej źle nie życzę, byle tylko nie pchała się tam gdzie jej nie proszą. Może kilku ludziom życie skomplikować, a po co. Powie mi coś interesującego, to jej też pomogę, patrol dam do ochrony. A jak nie to trudno - dopóki sam nie będę widział, że coś z nią nie tak, dotąd nie będę nic oficjalnie wiedział na ten temat.

Z tego wszystkiego zapomniałem o tym nieszczęsnym wiecu przyjaźni w miasteczku - tfu… miasteczko, dwie trzy budy na krzyż, Posterunek, Bar i resztki jakiejś fabryki, reszty nie widać albo się pozapadała w błoto. Drogi marne, ale trudno - powiedzmy że to wina anomalii. Poszedłem sobie dostojnie, spacerkiem, mundur galowy na grzbiet, argumenty do dyskusji w kieszeń, ochrona dyskretnie z tyłu. Wszak dostałem parę anonimów z pogróżkami. Ciekawi mnie najbardziej ten dar od społeczności lokalnej specjalnie dla mnie przygotowany…

Ta ich polska organizacja, mogli przysłać informację ze wcześniej zaczynają. Pytałem, podobno bandyci kabel od telefonu ukradli i zadzwonić nie mogli. Przybyłem za późno, już po oficjałce, w sam czas na cześć artystyczną, może to i lepiej. Ci, co pamiętali mnie z poprzedniego pobytu respekt mają należny - witają, Kozakiem częstują, jakieś nalewki własnej roboty wyciągają. Inni - patrzą spode łba, obserwują, rozmawiają niechętnie - poczekajcie ptaszyny, jutro inaczej będziecie ćwierkać. W sumie występy ciekawe, atmosfera nawet miła, ale czas wracać do siebie. Pierwsze raporty trzeba napisać, jeszcze trochę w papierach posiedzieć, od jutra już czas na obowiązki.