Nad ranem docierają resztki konwoju z wojskiem - nowe uzupełnienie drogi nie znało, pogubili się - od szóstej rano zaczynają pojedynczo i po parę samochodów docierać. Szacunku dla naszego snu nie mają, łażą, sprzęt rzucają z hukiem na ziemię. Wstaję i wychodzę żeby z tym porządek zrobić. Od razu lepiej. Porządek przywrócony, kawa nawet się znalazła dla mnie - dobra, francuska - komu ukradli po drodze nie pytam, ale smakuje wyśmienicie. W międzyczasie Żeńka musiał być już na bramie, bo wraca z gębą uśmiechniętą jak na wielkanocną wyżerkę, z flachą za pazuchą. Nie muszę pytać - sam melduje, że jednego takiego co zgubił się z eszelonu wpuścił na teren bazy bez informowania Dowódcy o całej sprawie. "W dowód wdzięczności" te flachę dostał i teraz niesie do biura żeby wzmocnić siły GRU. Szatan z niego wcielony, ale za to go lubię.
Wracam do biura, widzę, że wojsko jednak ma szacunek dla GRU - jeden sołdat całą noc warował na warcie w gabinecie. Fakt, przysnęło się chłopakowi nad ranem, bo go obudziłem jak wszedłem, ale za giwerę złapał na czas. Dobrze, że na wejściu pysk rozdarłem na niego za złe pełnienie warty, bo by mnie odstrzelił jak zająca. Kazałem mu się wynosić z biura i przyjść za godzinę.
Przyjechał Barman - to swołocz jedna - ma samochód, a ja musiałem wczoraj na piechotę zaiwaniać na wiec! Przywiózł ukradziony kabel i kilka innych rzeczy - podobno Powinność "wytłumaczyła" bandytom w nocy, że nie należy drażnić się ze mną i oddali bez słowa. Dowiózł też inne rzeczy, które zamówiłem u Zielnichy i parę innych drobiazgów od siebie. Zaraz potem przycwałował Szef Powinności przepraszać za incydent. Cuda opowiadał o tym, jak to teren zna i jakie ma tu możliwości. Gówno ma moim zdaniem, bo mu kabel spod nosa kradną, jak chce być za lokalną milicję, to niech się ostro do roboty przykłada. Dałem mu papier na potwierdzenie współpracy i patrol telefoniczny, żeby do tej jego meliny mieć jakąś łączność w razie potrzeby.
Barman prosi żeby defiladę urządzić w mieście, znaczy się demonstracja siły mu potrzebna. Odsyłam go do Dowódcy wojska - to nie moja działka. Sam wołam Żeńkę i Koziarskiego - bierzemy Ładę i jedziemy zobaczyć, co tam w mieście słychać. Przyjechaliśmy - cisza spokój, wiec kupiliśmy to i owo w barze i wracamy.
W bazie widać do serca sobie wzięli tę prośbę o defiladę, całe Wojsko wyprasowane i wyglansowane tak że oczy bolą. Zebrali się już i powoli ruszają w kolumnie. Postanawiam, więc nie psuć im zabawy i idę do biura coś zjeść. Powariowali w tej Zonie do końca - Barman mi potrawkę ze snorka przywiózł na śniadanie. Tfu!!! Nie będę tego zmutowanego psa jadła za żadne skarby. Wołam dyżurnego i każe sobie przynieść te francuskie wiktuały, co to ich "nie ma w bazie". Okazało się, że przypadkiem są jeszcze dwie paczki tego dobra i trochę luzem, u Tow. Jubowicza. Dobry stary apartczyk, małą filię Gułagu tu zorganizował i sobie po cichutku żyje. Muszę z nim poważniej porozmawiać i jakość dojść do ładu. Nie mam zamiaru potem z nim na raporty do centrali wojować, który z nas gorzej Sojuzowi szkodzi.
Co za burdel w tej Zonie. Ledwo zjadłem, i rozdysponowałem swoich ludzi do zadań, a Wojsko swoje musztry i apele odprawiło, a tu z Bramy meldują, że cała kolumna pojazdów wali prosto na nas. Nie moja sprawa - zostawiam to wojsku. Okazało się, że jakieś biuro turystyczne postanowiło zarobić na ludzkiej głupocie i urządzić im wycieczkę ekstremalną. Mieliby ekstremalne przeżycia jakby ich jakiś patrol za stalekrów, albo bandytów wziął i ołowiem powitał. Hardy był ich kierownik, ale na widok naszych argumentów jednak postanowił się wycofać ze swego pomysłu. Ciekawy jestem jak teraz tym turystom się wytłumaczy i pieniądze odda. Swoją drogą to ciekawe zjawisko - poprzednio zaraz po tym jak przyjechałem do Zony pojawił się ni stąd, ni z owąd cały autobus grzybiarzy, który zaraz po zatrzymaniu opróżnił się do czysta, a potem tych "grzybiarzy" patrole przez dwie godziny wyłuskiwały z lasu, teraz znowu wycieczkowicze. Moich chłopcy mówią, że coś podejrzana ta wycieczka, ubrani tak samo, wysportowani, dziwnie jednakowe plecaki mają i pokrowce na wędki, a rzeki ani jeziora w całej Zonie nie znajdziesz… Bardzo ciekawe to jest, oj bardzo…
Wiele się zmieniło w Zonie od ostatniego razu, oj wiele. Stalkerzy jakoś bardzo chętnie do Szpital na badania przychodzą, regularnie, sami się dopraszają o kolejne terminy. Trzeba to zbadać. A może się po prostu w końcu nauczyli, że jak którego patrol bez przepustki karty badań dopadnie to w najlepszym przypadku go nie zabiją i do mnie trafi… Ma to i swoje złe strony, bo mniej ich do mnie trafia, mniej mam przez to informacji. A szkoda, i dla mnie i dla nich. Ostatnim razem potrafili na herbatę, pogadać ot tak po prostu przyjść, opowiedzieć, co im na sercu leży, czasem który coś ode mnie dostał, czasem talon do sklepu. A teraz nic. Tym dla nich gorzej - każdy który teraz trafia do mnie najpierw idzie na magiel. Muszę mieć co w raporty wpisać, jak po dobroci nie chcą, to się to z nich pod przymusem wyciągnie. Z tym sklepikiem też musiało być coś nie tak. Starszyna Duch co go prowadził przepadł gdzieś - podobno wezwali go do macierzystej jednostki. Kamień w wodę. Dzwoniłem do Centrali w tej sprawie - nic mówić nie chcą, ale sklepiku też otworzyć nie pozwalają.
