sobota, 14 kwietnia 2012

Pamiętniki Kotowskiego: Zona Sęki cz. V

Stalkerzy, szczególnie ci nowi zhardzieli straszliwie. To już nie Ci, co dawniej. Tamci to rzeczywiście byli dziwni, ale serdeczni ludzie, mieli swoje pokręcone życie za sobą i tu uciekali w tą głuszę żeby dożyć tutaj swych dni. Zona była dla nich łaskawa, a i my też. Przynosili, co znaleźli, mówili co widzieli, pomagali sami z siebie, ot tak z potrzeby serca chyba, albo żeby mieć do kogo gębę otworzyć. Teraz co innego, twardzi są ci nowi, szacunku nie mają, kłamią, kręcą, duby smalone prawią. Młodziutkie to - widać, że przygód szukają.

Przyprowadzili mi takiego jednego - imperialistycznych westernów się na oglądać w dzieciństwie musiał. Odział się jak jakiś pastuch z amerykańskich stepów - kapelusz z szerokim rondem, płaszcz skórzany do ziemi, dobrze ze ostróg nie miał i konia za sobą nie ciągał po Zonie. Dokumenty u niego były też mocno podejrzane. No to wzięliśmy go w obroty. Tak się ten "bohater dzikiego zachodu" wystraszył, że zapomniał jakim mamy rok i kiedy się rodził. W końcu po kilku ćwiczeniach fizycznych na odświeżenie pamięci powiedział co wiedział, a wiedział malutko, oj malutko.

Byli i tacy co mnie zdziwili, ot taki Woda. Widać, że on w Zonie doznań duchowych nie szuka. Przyszedł sam, z własnej woli. Broń grzecznie sam w kącie postawił. Dokumenty u niego w najlepszym porządku. Fakt, trochę mokre były, ale cóż Woda wszystko zmoczy. Po formalnościach od razu do rzeczy przeszedł. Mówi tak - on tu ma swoje interesy my swoje, w drogę mam wchodzić nie chce, majątku Matiuszki Rasiji nie potrzebuje, swoje na tym, co Zona daje wyrabia z nadmiarem. Prosił żeby mu konkretną robotę za konkretną nagrodę dać to załatwi, jak będzie mógł to nam pomoże, jak będzie w naprawdę ciężkich opałach to może o pomoc poprosi, ale tylko wtedy jak sobie sam rady nie będzie dawał. Tak postawa to mi się podoba. Porozmawialiśmy jeszcze chwilkę, dostał mocne papiery, do Dowódcy poszliśmy. Dogadali się natychmiast - widać że coś już musieli razem czarować. Trochę mu nie dowierzałem, ale myślę sobie - co tracę, mam na niego papiery - wyśpiewał parę rzeczy których raczej nie powinien mi mówić.

Okazał się honorowym człowiekiem. Po jakimś czasie wyszedł z lasu prosto na bramę, zameldował służbowemu że do mnie, prosi o posłuchanie. Ciekawa sztuka - na mapie znał się jak chłopaki z Razwiedki. Dokładnie mi i Dowódcy pokazał co znalazł i co się dowiedział. Co miał przynieść - przyniósł. Od tego czasu już tylko z Dowódcą się kontaktował i z nim zadania rozliczał. Zobaczę jak dalej będzie może mi ktoś jego teczkę gdzieś zawieruszy, albo prze przypadek z niepotrzebnymi aktami spali - nie będę szukał. A i jego wódka też mi smakowała, choć z początku jej pić nie chciałem - bo i on też jej sam próbować nie chciał. Ale ją jakiś sołdat na sobie testował, nie skręciło go, więc i my skorzystaliśmy. Może ten Woda tylko wodę pił?

Naszą Zoną okazuje się nawet i obce wywiady też się interesują. Przysłali takiego jednego. Oj stawiał się i usiłował kręcić. Dałem go na chwile moim chłopcom, od razu zmienił front. Wyśpiewał chłopczyna, że z New Yorku jest. Próbował jeszcze, co nieco mataczyć, ale w końcu wyszło szydło z worka - niemal mój brat. Też Operacyjny i też z Wywiadu tyle, że z drugiej strony żelaznej kurtyny. Zaraz też do Moskwy zadzwoniłem, co z tym ptakiem robić. Okazało się, że wiedza o nim i kazali tylko ogon mu przyczepić i specjalnie się nim nie przejmować. Widać z kimś ważniejszym ode mnie ma układy, bo tego, co mi obiecał nawet nie próbował zrobić, choć kilka innych przysług wyświadczył. Czort z nim, przyszedł - poszedł. Ja za niego głowy nie oddam.

Na Elizabeth Wilmowsky zawiodłem się straszliwie. Nie przyjęła zaproszenia, nie przyszła choćby "dziękuję" powiedzieć za to, co ode mnie dostała. Przysłała tylko tego niemotę - Smugę do mnie. Widać wieczorem mnie nie zapamiętał, albo za dnia nie poznał. Jak wylądował w gabinecie, to tak był wystraszony jak zając, gdy go sfora opadnie. Plątał się w kółko i jakież cuda opowiadał. Znów chłopcy mieli uciechę i zabawę jak się patrzy. A ja czekałem, aż on w końcu się odezwie tak, jak miał to umówione i przejdziemy do sprawy. Nawet go parę razy na dobry tor naprowadzałem, ale pomocy przyjąć nie chciał. Więc potraktowaliśmy go ja wioskowego idiotę. Kazałem na kopach za bramę wyrzucić i wrócić jak mu rozum i pamięć wrócą - widać nie wróciły. A szkoda, bo miałem dla pani Elizabeth to, czego szukała… Mogła rodzinę z opresji wybawić - trzeba było jej lepszych pomocników sobie dobierać.